W poprzednich częściach zwiedzaliśmy Florencję, Rimini, San Marino. Teraz przenosimy się na dwie noce do pięknej Bolonii.
Dzień 5. Ostatni dzień w Rimini chcieliśmy spędzić na plaży. Po śniadaniu zabraliśmy ręczniki i ruszyliśmy na pożegnanie z morzem. Około 12 wróciliśmy do hotelu po ręczniki, zachciało nam się bowiem jeszcze kąpieli, niestety okazało się, że pomyliliśmy godziny check-outu, który nie był o 14, a właśnie o 12. Na szczęście obsługa była miła i poczekała, aż się uporamy z bagażem, mogliśmy go też zostawić do czasu wyjazdu (o 15 mieliśmy pociąg do Bolonii). Udaliśmy się więc na spacer i zbieranie muszelek. Muszle są tam przepiękne, czasem można trafić na naprawdę ciekawe okazy – Michał znalazł chyba najoryginalniejszy – mianowicie sztuczną szczękę. Nie wiem czemu nie dołączył jej do kolekcji… Po powrocie odebraliśmy bagaże i pojechaliśmy na dworzec. Bilety kupiliśmy w automatach, skasowaliśmy i zaraz przyjechał nasz pociąg, do Bolonii jechaliśmy 1,5h. Na dworcu nie było dostępnych darmowych mapek, więc skorzystaliśmy z mapy offline w telefonie i hotel wydawał się dość blisko, bo 2 km, jednak z bagażami trochę nam to zajęło. W sumie za pół godziny byliśmy już w hotelu. Pokoje trafiliśmy naprawdę okazyjnie, a hotel 4* był przepiękny, najlepszy w jakim byliśmy: duże przestronne pokoje z aneksem, balkonem i dużą łazienką. Dostępem do kawy, herbaty, wody i z wliczonym śniadaniem. W hotelu dostaliśmy też mapko – ulotkę z najważniejszymi informacjami, była bardzo przydatna. Odświeżyliśmy się więc i ruszyliśmy na obiadokolację bo była już prawie 17. Do centrum doszliśmy w około 20 minut. Zatrzymaliśmy się jeszcze na kawę i ciacho, żeby mieć siłę wytrzymać do kolacji. Droga z hotelu była dosłownie prosta. Do starego miasta wchodziło się przez bramę Porta San Felice, która wyznaczała granicę. Dookoła starego miasta jest aż 9 takich bram, przy wlocie każdej głównej ulicy. Idąc, już w połowie drogi znajdowaliśmy się na wprost najbardziej charakterystycznej wieży w Bolonii. Wieże, a dokładnie 200 wież, było symbolem Bolonii. Kiedyś znajdowały się w całym mieście i stawiane były w obronie przed wrogiem, dziś niestety zostało tylko kilka, z czego właściwie tylko Torre degli Assinieli (najwyższa, mierząca ponad 97m) jest tak okazała i dostępna dla zwiedzających. Stojąca obok niej niższa wieża była budowana jako pierwsza, ale zauważono, że jest ona pochyła i zaprzestano budowy, gdyż groziło to zawaleniem, dlatego nie została ukończona. Nie sposób było więc odmówić sobie wejścia na symboliczną wieżę Assinieli. Cena wstępu to 3€, nie było w niej windy, cała droga prowadziła przez wąskie schody. Widok z wieży był niesamowity: panorama pięknego skąpanego w słońcu miasta pełnego ciasno postawionych czerwonych budynków. Gdy zeszliśmy z wieży skierowaliśmy się do głównego placu: Piazza Maggiore, po drodze przechodząc przez Piazza del Neptuno, na którym znajdowała się piękna fontanna Fontana del Nettuno, gdzie wrzuciliśmy na szczęście po centusiu. Dookoła placu znajdował się tył budynku Palazzo Re Enzo (dostępny dla zwiedzających, w środku była także informacja turystyczna, odbywają się tu także imprezy), a naprzeciwko znajdował się okazały budynek Biblioteki (Biblioteca Sarabolsa), gdzie można było przycupnąć na schodach. Obok był budynek Ratusza (Palazzo Comunale) przy którym wychodziło się już na główny plac Piazza Maggiore. Plac był ogromny, dookoła same zabytkowe budowle: kolejne trzy pałace: Palazzo d’Accursio (stanowiący część Pałacu Miejskiego, jest tu także muzeum sztuki), Palazzo dei Notai i Palazzo dei Banchi. Do placu przylega także bazylika Basilica di San Petronio. To jeden z najpiękniejszych placów jakie widziałam. Co mi się też bardzo w Bolonii spodobało, to to że zabytki są świetnie oznaczone, także te których nie ma w przewodnikach posiadają tabliczki z nazwą i opisem danego zabytku - to bardzo pomaga przy zwiedzaniu. Gdy przyszliśmy na plac rozłożona była wielka scena i zebrało się już sporo osób na rynku, okazało się, że jest tu wielki koncert z okazji jubileuszu radia, na którym występować miał m.in. Alvaro Soler. My załapaliśmy się na same próby, gdyż właściwy koncert był planowany na 20-tą. Dalej przechadzaliśmy się uliczkami starego miasta, pełnymi restauracji, sklepów z serami i mięsem i upajaliśmy się klimatem. Co ciekawe Bolonia chyba nie jest jakimś bardzo turystycznym miastem, bo nigdzie nie mogliśmy znaleźć magnesów, ani innych pamiątek. A szkoda, bo jest naprawdę piękna, trochę tajemnicza z pięknymi zabytkami, urokliwymi uliczkami i pysznym jedzeniem! Zatrzymaliśmy się na kolację w jednej z małych restauracyjek przy stoliku na zewnątrz. Bo jak być w Bolonii i nie spróbować sosu bolońskiego? Zamówiłam lasagne bolognese, Mateusz tortellini ragu (coś podobnego do bolognese). Pan kelner przyniósł nawet osobny taboret dla mojej torebki. Przed daniem otrzymaliśmy pyszne bułeczki i parmezan, a danie główne było przepyszne. Pyszne jedzenie, piękne miasto, po prostu dolce vita. Po kolacji poszliśmy jeszcze na mały spacer po starówce, podziwiając piękne, zabytkowe budowle, kamienice i kościoły i powoli kierowaliśmy się w stronę hotelu, bo na plac napływało już mnóstwo ludzi na koncert. Po drodze zaopatrzyliśmy się w owoce i soki – jest mnóstwo sklepików jeden przy drugim, prowadzonych przez obcokrajowców i warto tam kupować ponieważ jest dość tanio, aczkolwiek wieczorem trochę strasznie. Dotarliśmy do hotelu, rzuciliśmy jeszcze okiem na połączenia do Wenecji, gdyż to był nasz jutrzejszy cel i poszliśmy spać.
Dzień 5.
Ostatni dzień w Rimini chcieliśmy spędzić na plaży. Po śniadaniu zabraliśmy ręczniki i ruszyliśmy na pożegnanie z morzem. Około 12 wróciliśmy do hotelu po ręczniki, zachciało nam się bowiem jeszcze kąpieli, niestety okazało się, że pomyliliśmy godziny check-outu, który nie był o 14, a właśnie o 12. Na szczęście obsługa była miła i poczekała, aż się uporamy z bagażem, mogliśmy go też zostawić do czasu wyjazdu (o 15 mieliśmy pociąg do Bolonii). Udaliśmy się więc na spacer i zbieranie muszelek. Muszle są tam przepiękne, czasem można trafić na naprawdę ciekawe okazy – Michał znalazł chyba najoryginalniejszy – mianowicie sztuczną szczękę. Nie wiem czemu nie dołączył jej do kolekcji…
Po powrocie odebraliśmy bagaże i pojechaliśmy na dworzec. Bilety kupiliśmy w automatach, skasowaliśmy i zaraz przyjechał nasz pociąg, do Bolonii jechaliśmy 1,5h. Na dworcu nie było dostępnych darmowych mapek, więc skorzystaliśmy z mapy offline w telefonie i hotel wydawał się dość blisko, bo 2 km, jednak z bagażami trochę nam to zajęło. W sumie za pół godziny byliśmy już w hotelu. Pokoje trafiliśmy naprawdę okazyjnie, a hotel 4* był przepiękny, najlepszy w jakim byliśmy: duże przestronne pokoje z aneksem, balkonem i dużą łazienką. Dostępem do kawy, herbaty, wody i z wliczonym śniadaniem. W hotelu dostaliśmy też mapko – ulotkę z najważniejszymi informacjami, była bardzo przydatna. Odświeżyliśmy się więc i ruszyliśmy na obiadokolację bo była już prawie 17. Do centrum doszliśmy w około 20 minut. Zatrzymaliśmy się jeszcze na kawę i ciacho, żeby mieć siłę wytrzymać do kolacji.
Droga z hotelu była dosłownie prosta. Do starego miasta wchodziło się przez bramę Porta San Felice, która wyznaczała granicę. Dookoła starego miasta jest aż 9 takich bram, przy wlocie każdej głównej ulicy. Idąc, już w połowie drogi znajdowaliśmy się na wprost najbardziej charakterystycznej wieży w Bolonii.
Wieże, a dokładnie 200 wież, było symbolem Bolonii. Kiedyś znajdowały się w całym mieście i stawiane były w obronie przed wrogiem, dziś niestety zostało tylko kilka, z czego właściwie tylko Torre degli Assinieli (najwyższa, mierząca ponad 97m) jest tak okazała i dostępna dla zwiedzających. Stojąca obok niej niższa wieża była budowana jako pierwsza, ale zauważono, że jest ona pochyła i zaprzestano budowy, gdyż groziło to zawaleniem, dlatego nie została ukończona. Nie sposób było więc odmówić sobie wejścia na symboliczną wieżę Assinieli. Cena wstępu to 3€, nie było w niej windy, cała droga prowadziła przez wąskie schody. Widok z wieży był niesamowity: panorama pięknego skąpanego w słońcu miasta pełnego ciasno postawionych czerwonych budynków.
Gdy zeszliśmy z wieży skierowaliśmy się do głównego placu: Piazza Maggiore, po drodze przechodząc przez Piazza del Neptuno, na którym znajdowała się piękna fontanna Fontana del Nettuno, gdzie wrzuciliśmy na szczęście po centusiu.
Dookoła placu znajdował się tył budynku Palazzo Re Enzo (dostępny dla zwiedzających, w środku była także informacja turystyczna, odbywają się tu także imprezy), a naprzeciwko znajdował się okazały budynek Biblioteki (Biblioteca Sarabolsa), gdzie można było przycupnąć na schodach. Obok był budynek Ratusza (Palazzo Comunale) przy którym wychodziło się już na główny plac Piazza Maggiore. Plac był ogromny, dookoła same zabytkowe budowle: kolejne trzy pałace: Palazzo d’Accursio (stanowiący część Pałacu Miejskiego, jest tu także muzeum sztuki), Palazzo dei Notai i Palazzo dei Banchi. Do placu przylega także bazylika Basilica di San Petronio. To jeden z najpiękniejszych placów jakie widziałam.
Co mi się też bardzo w Bolonii spodobało, to to że zabytki są świetnie oznaczone, także te których nie ma w przewodnikach posiadają tabliczki z nazwą i opisem danego zabytku - to bardzo pomaga przy zwiedzaniu. Gdy przyszliśmy na plac rozłożona była wielka scena i zebrało się już sporo osób na rynku, okazało się, że jest tu wielki koncert z okazji jubileuszu radia, na którym występować miał m.in. Alvaro Soler. My załapaliśmy się na same próby, gdyż właściwy koncert był planowany na 20-tą.
Dalej przechadzaliśmy się uliczkami starego miasta, pełnymi restauracji, sklepów z serami i mięsem i upajaliśmy się klimatem. Co ciekawe Bolonia chyba nie jest jakimś bardzo turystycznym miastem, bo nigdzie nie mogliśmy znaleźć magnesów, ani innych pamiątek. A szkoda, bo jest naprawdę piękna, trochę tajemnicza z pięknymi zabytkami, urokliwymi uliczkami i pysznym jedzeniem! Zatrzymaliśmy się na kolację w jednej z małych restauracyjek przy stoliku na zewnątrz. Bo jak być w Bolonii i nie spróbować sosu bolońskiego? Zamówiłam lasagne bolognese, Mateusz tortellini ragu (coś podobnego do bolognese). Pan kelner przyniósł nawet osobny taboret dla mojej torebki. Przed daniem otrzymaliśmy pyszne bułeczki i parmezan, a danie główne było przepyszne.
Pyszne jedzenie, piękne miasto, po prostu dolce vita. Po kolacji poszliśmy jeszcze na mały spacer po starówce, podziwiając piękne, zabytkowe budowle, kamienice i kościoły i powoli kierowaliśmy się w stronę hotelu, bo na plac napływało już mnóstwo ludzi na koncert. Po drodze zaopatrzyliśmy się w owoce i soki – jest mnóstwo sklepików jeden przy drugim, prowadzonych przez obcokrajowców i warto tam kupować ponieważ jest dość tanio, aczkolwiek wieczorem trochę strasznie. Dotarliśmy do hotelu, rzuciliśmy jeszcze okiem na połączenia do Wenecji, gdyż to był nasz jutrzejszy cel i poszliśmy spać.