+1
voyażka 21 stycznia 2016 09:43
To już ostatnia część relacji z podróży poślubnej do Włoch. Zapraszam do poprzednich części, gdzie opisywałam pobyt we Florencji, Rimini, Bolonii i San Marino :)
Teraz zapraszam do pięknej Wenecji:

Dzień 6.
Dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie rano – już o 7 poszliśmy na śniadanie, a właściwie ucztę. Jeszcze nigdy nie widziałam tak genialnego szwedzkiego stołu i choćby dla niego warto tam jechać. Chyba z 50 rodzajów wypieków na słodko – raj. Do tego warzywa, owoce, nabiał, wędliny, potrawy na ciepło, sałatki, co tylko dusza zapragnie. Do tego kelner parzący kawę. Aż nie chciało się wychodzić. Ale trzeba było i to raźnym krokiem, bo po 8 mieliśmy pociąg do Wenecji. Bilet kosztuje (oczywiście zawsze wybieramy te najtańsze w 2-giej klasie) 12,10 €, a pociąg jedzie około 2h. Prawie wszystkie miejsca były zajęte, ale podróż minęła spokojnie i tradycyjnie pociąg dojechał na czas. Po wyjściu kupiliśmy w automacie od razu bilety powrotne i wyszliśmy z dworca, aby wreszcie zobaczyć tę osławioną Wenecję. Po Wenecji (jak po wielu miastach turystycznych) kursuje autobus hop on – hop off, czyli autobus turystyczny, piętrowy, który porusza się wyznaczoną trasą i zatrzymuje się przy wszystkich ważniejszych zabytkach. Kupując bilet można przez całą dobę (lub dłużej zależnie od kupionej opcji) dowolnie z niego wysiadać i wsiadać. Są one jednak drogie – w Wenecji jest to 27€ za jednodniowy bilet. Jedno co dobre to ich mapki, które rozdają jako ulotki, gdyż właśnie zaznaczone są wszystkie ważniejsze miejsce. Minusem jest to, że nie są zbyt precyzyjne i nie wszystkie ulice są podpisane. Najważniejsze jednak, że są darmowe i dają obraz zwiedzanego miasta. Tak więc wzięliśmy taką mapkę i udaliśmy się do tramwaju wodnego – który jest tańszą opcją poruszania się po Wenecji. Bilet w 1 stronę kosztuje 7,5€. My spod dworca postanowiliśmy skierować się do Placu św. Marka (dalej tramwaj płynął już na wyspy – Lido i Murano i moglibyśmy nie zdążyć zwiedzić wszystkiego w jeden dzień, choć na pewno warto je zobaczyć, jeśli ktoś dysponuje większą ilością czasu) i stamtąd zwiedzać Wenecję na piechotę.

Sam rejs odbywał się głównym kanałem (Canale Grande) i raczej nie jest jakoś bardzo komfortowy, dobrze więc zająć miejsce na zewnątrz, na końcu tramwaju, by mieć najlepszy widok i mieć czym oddychać. Przygotować się trzeba jednak na jakieś 40 minut stania, bo krzesełek jest jak na lekarstwo. Mimo to nie ma co narzekać – widok rekompensuje wszystko. Wysiedliśmy na placu św. Marka i ruszyliśmy na podbój Wenecji.

Ma ona niepowtarzalny klimat i mimo ogromnego upału nic nigdzie nie śmierdzi. Za to nie można oderwać oczu od pięknych widoków zwłaszcza na lagunę wenecką z małymi wysepkami i przyciągających turystów budek z pamiątkami, które są przepiękne – maski, ubrania, wachlarze, magnesy… coś pięknego.

Sam plac zostawiliśmy sobie na później i poszliśmy wzdłuż kanału. Najpierw przeszliśmy przy Ogrodach Pałacowych i wzdłuż Pałacu Dożów i kawałek dalej zauważyliśmy Most Westchnień (Ponte dei Sospiri).

Dla romantyków mam złą wiadomość, ta nazwa pochodzi nie od westchnień kochanków, ale od więźniów, którzy wychodzili na ten most przed karą śmierci, by ostatni raz westchnąć nad pięknem Wenecji (bądź swego żywota). Dalej doszliśmy do okazałego pomnika Vittorio Emanuelle II, przy którym można było zrobić sobie zdjęcie z osobami przebranymi w weneckie stroje.

Doszliśmy do skrzyżowania Riva Ca di Dio i Fondamenta Arsenale i szliśmy wzdłuż rzeki rio d’Arsenale, która wiodła do słynnego weneckiego zamku, a właściwie kompleksu wojskowo- stoczniowego Arsenał, w którym dawniej powstawały okręty wojenne i statki handlowe, a obecnie mieści się tu Muzeum Morskie (Museo Navale). Nie jest ono na co dzień dostępne dla turystów, jedynie podczas weneckiego festiwalu Biennale (odbywa się co 2 lata, w lata parzyste między majem a październikiem) dostępne są czasowe wystawy. Sam budynek jest okazały i z daleka widać już jego potężne fortyfikacje.

Przeszliśmy przez piękny most Ponte de l’Arsenal (del Paradiso) i weszliśmy w głąb Wenecji przy Bibliotece „Dante Alighieri” z pięknymi kamiennymi posągami lwów. Znaleźliśmy się wśród pięknych kościołów, kamienic z oknami pełnymi kwiatów, wąskich uliczek i pięknych równie wąskich kanałów z pięknymi mostami – to był dopiero widok. I do tego te wspaniałe sklepiki z jedzeniem, maskami, biżuterią, ubraniami… Nie wiadomo, na co patrzeć.

No i te bajeczne gondole, właściwie dopiero w tych ciasnych uliczkach można było się im lepiej przyjrzeć – każda była inna, pięknie wyrzeźbiona, ozdobiona, z wymyślnymi siedzeniami. I gondolierzy, którzy do perfekcji opanowali sterowanie tą wąziutką łódką stojąc na samym jej skrawku – chapeau bas! Niestety nie stać nas było na gondolę – cena za rejs ok. godzinny to 80-100 €, choć myślę, że atrakcja warta swojej ceny.

Błądziliśmy tak sobie tymi uliczkami, gdyż w Wenecji nie sposób się nie zgubić, choć myślę, że zaliczyć to należy do jej autów – wtedy dopiero można dostrzec jej prawdziwe piękno. W Wenecji nie ma typowych drogowskazów, trzeba patrzeć na kamienice, jeśli na którejś jest tabliczka z napisem (właściwie kierują tylko do głównych miejsc, takich jak: Plac św. Marka, czy stacji Santa Lucia) to znaczy, że w tę uliczkę przy kamienicy należy skręcić. Nie jest to zdecydowanie łatwe zadanie. I my ulegliśmy czarowi zakupów w Wenecji: kupiliśmy mnóstwo pamiątek: maski (należy sprawdzać, czy są oryginalne- mają wtedy charakterystyczną pieczęć, że są wykonane w Wenecji), magnesy (warto patrzeć na cenę, można je dostać już od 1€ a jeśli kupimy więcej to nawet taniej), wachlarze itp. Wszędzie właściwie warto patrzeć na ceny, mogą się naprawdę bardzo różnić w różnych miejscach i nie kupować w pierwszym lepszym sklepiku, czy budce. Bardzo mało też jest tu sklepów spożywczych, więc lepiej się wcześniej zaopatrzyć w to co potrzebne. Powróciliśmy na Plac św. Marka, który był ogromny, pełen turystów, ale zachwycająco piękny!

Przede wszystkim ogromna Bazylika św. Marka robiła niesamowite wrażenie. Na placu stała też potężna dzwonnica Il Campanile. Do tego zaraz obok okazały Pałac Dożów i widok z placu na lagunę – bajka! Naprzeciwko Pałacu znajdowała się Biblioteka Narodowa (Biblioteca Nazionale Marciana) a pomiędzy znajdowały się dwie wysokie kolumny (San Marco i San Todaro). Pozostałą część placu zajmują luksusowe sklepy i restauracje, gdzie rachunki z pewnością przyprawiają o zawrót głowy. Jeśli o mnie chodzi, wolę małą przytulną kawiarenkę, trattorię lub osterię z dala od zgiełku, w klimatycznej uliczce i tańszą.

Wracając do wycieczki – poszliśmy dalej sobie błądzić między uliczkami, a ostatnim naszym punktem był most Ponte Di Rialto. Niby niedaleko od placu, a jednak trochę nam zajęło zanim do niego doszliśmy. Jakie było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że jest on w remoncie i po pierwsze nie zobaczyliśmy go, a po drugie pokrzyżował nam plany dojścia do dworca. Na Wielkim Kanale jest bowiem naprawdę mało mostów, a do tego nie da się iść wzdłuż kanału tylko wciąż trzeba wchodzić w boczne uliczki. Postanowiliśmy więc, że wrócimy do Placu św. Marka i będziemy kierować się tabliczkami na kamienicach, które będą prowadzić do Piazzale Roma tuż przy dworcu. Z małymi perturbacjami i przerwą na pizzę (za ostatnie pieniądze… dobrze, że kupiliśmy już bilety na pociąg) dotarliśmy do stacji. Pociąg odjeżdżał za kilkanaście minut, rzuciliśmy więc ostatni raz okiem na cudną Wenecję i wróciliśmy do Bolonii.
Droga z dworca była długa, bo byliśmy już zmęczeni. Po krótkim odpoczynku i odświeżeniu się postanowiliśmy iść do jakiejś restauracji w pobliżu. Na ulotce z hotelu było kilka wymienionych, więc wybraliśmy tę najbliżej. Pani w restauracji okazała się Ukrainką, zaraz więc znaleźliśmy wspólny temat. Co do kuchni to niestety szału na nas nie zrobiła, czuć, że nie była typowo włoska. Zamówiliśmy 3-daniową kolację, a nawet nie zmieniano nam do posiłku sztućców. Czar prysł już zupełnie, gdy do dań doliczono nam nieszczęsne coperto. Ale za to byliśmy najedzeni, więc wróciliśmy do hotelu. Ten czas naprawdę szybko zleciał… Jutro rano wracaliśmy już do Polski.

Dzień 7.
Na ostatni dzień nic poza śniadaniem nie planowaliśmy, gdyż już po 10 mieliśmy samolot.

Jako, że autobus na lotnisko jest stosunkowo drogi (6€) to bardziej opłacało się skorzystać z taksówki. Poprosiłam Panią w recepcji o zamówienie dużej 6-osobowej taksówki, niestety trafiłam na niezłą jędzę (inaczej jej nie nazwę) i nie dość, że owej taksówki nie zamówiła, bo powiedziała, że mam jej nie zawracać głowy, zrobi to przed wymeldowaniem, to jeszcze zamówiła tylko 1 taksówkę! Część z nas była już na lotnisku, a pozostałej trójki wciąż nie było, a do odlotu coraz mniej czasu… Po ponownej interwencji Pani zamówiła kolejną, uwaga: 6-osobową! Także gdybyście byli w tym hotelu (który naprawdę polecam) radzę omijać szerokim łukiem blondynę z mocnym makijażem – taka mała dygresyjka. Na szczęście zdążyliśmy na lot i wszystko dobrze się skończyło. Lotnisko w Bolonii jest dość mało, szybko więc znaleźliśmy naszą bramkę i już niedługo lądowaliśmy w Warszawie.

Reasumując, mimo krótkiego czasu zobaczyliśmy spory kawałek Włoch, zdążyliśmy pozwiedzać, poopalać się, powypoczywać czynnie i biernie, zjeść pyszne specjały włoskiej kuchni, poszerzyć wiedzę o włoskiej kulturze i po prostu nacieszyć się wakacjami.
Zdecydowanie polecam Włochy na krótszy lub dłuższy wypad!

Dodaj Komentarz